Mam na imię Łukasz. Mam 44 lata, a w momencie diagnozy miałem 43. Zawsze uważałem się za okaz zdrowia. Od wielu lat regularnie ćwiczę na siłowni — praktycznie pięć dni w tygodniu. Jeżdżę na rowerze, chodzę po górach, amatorsko się wspinam. Lubię aktywność, ruch i życie w ciągłym działaniu. Jestem również Zasłużonym Honorowym Dawcą Krwi.
Po czterdziestce zacząłem regularnie wykonywać podstawowe badania kontrolne. Nigdy jednak wcześniej nie badałem poziomu PSA. Rak prostaty kojarzył mi się przede wszystkim z chorobą starszych mężczyzn. Nie przypuszczałem, że może dotyczyć mnie. I wtedy wydarzył się pierwszy z całego szeregu szczęśliwych przypadków.
Podczas akcji związanej z miesiącem świadomości raka prostaty, kiedy wielu mężczyzn zapuszczało charakterystyczne wąsy, żeby zwrócić uwagę na konieczność badań, pomyślałem: „A może po prostu zrobię sobie PSA?”. Byłem zdrowy, nic mi nie dolegało, nie miałem żadnych objawów. Zrobiłem badanie właściwie z czystej ciekawości i dla świętego spokoju.
Wynik: PSA 2,14 ng/ml.
Na pierwszy rzut oka wszystko było w porządku. Wynik mieścił się w przyjmowanej normie 0–4, więc mógłbym na tym poprzestać. Coś jednak podpowiedziało mi, żeby mimo wszystko odwiedzić urologa. I to był kolejny szczęśliwy zbieg okoliczności.
Lekarz zobaczył wynik i właściwie nie miał powodu do niepokoju. Mimo to postanowił wykonać dodatkowo badanie per rectum. Podczas badania wyczuł zmianę w prostacie. Uspokajał mnie, że takie rzeczy mogą się zdarzać, że wielu mężczyzn ma przerosty czy guzki i że nie ma powodu od razu zakładać najgorszego. Dla pewności zalecił jednak wykonanie rezonansu magnetycznego.
Po otrzymaniu opisu rezonansu zobaczyłem słowo, którego wcześniej właściwie nie znałem: PI-RADS 4. Skala ma pięć stopni. Oczywiście pierwsze, co zrobiłem, to sięgnąłem po Google’a. I wtedy poziom mojego stresu gwałtownie wzrósł. Znalazłem informacje, że PI-RADS 4 oznacza wysokie prawdopodobieństwo klinicznie istotnego nowotworu.
Dostałem skierowanie na biopsję fuzyjną. Jej wynik odebrał mi poczucie bezpieczeństwa, które miałem jeszcze kilka tygodni wcześniej. Rak złośliwy gruczołu krokowego, Gleason 3+4.
W jednej chwili świat się zatrzymał. Trudno opisać, co dzieje się w głowie człowieka, który do tej pory czuł się zdrowy, aktywny i silny, a nagle słyszy słowo „nowotwór”. Tym bardziej kiedy ma 43 lata i wciąż ma przekonanie, że takie historie dotyczą przede wszystkim znacznie starszych mężczyzn.
Przede mną były kolejne badania — scyntygrafia i tomografia komputerowa. A potem chyba jeden z najtrudniejszych momentów całej tej historii: czekanie na wyniki. Na szczęście wyniki przyniosły bardzo dobrą wiadomość. Nie stwierdzono przerzutów. Nowotwór został wykryty na stosunkowo wczesnym etapie.
Konsylium lekarskie zdecydowało, że w moim przypadku najlepszym rozwiązaniem będzie prostatektomia radykalna, czyli całkowite usunięcie prostaty. Jeśli wynik badania usuniętego narządu będzie dobry, nie będzie potrzeby dalszego leczenia — pozostanie jedynie regularna kontrola i obserwacja.
Operację miałem wykonaną z wykorzystaniem robota Versius. Sam zabieg przebiegł bardzo dobrze i był dla mnie praktycznie bezbolesny. Oczywiście rekonwalescencja i okres dochodzenia do siebie nie są najprzyjemniejszą częścią całej historii. Jak po każdej operacji trzeba dać organizmowi czas, żeby wrócił do pełnej sprawności. Najważniejsze jednak było to, że źródło problemu zostało usunięte.
Badanie histopatologiczne przyniosło kolejną bardzo dobrą wiadomość. Nowotwór zajmował około 10% jednego płata prostaty i — co najważniejsze — nie naciekał poza gruczoł. Nie było więc potrzeby wdrażania dalszego leczenia.
Dzisiaj przede mną rehabilitacja urologiczna, regularna kontrola i obserwacja. Ale przede wszystkim — dalsze życie.
Patrząc z perspektywy czasu, całą tę historię odbieram jako niezwykle szczęśliwy ciąg przypadków. Albo, jak ktoś może powiedzieć, palec z nieba. Bo przypadkiem postanowiłem zrobić PSA. Przypadkiem wynik, który wyglądał prawidłowo, nie dał mi spokoju. Przypadkiem trafiłem na lekarza, który mimo dobrego wyniku zdecydował się wykonać dodatkowe badanie. Dzięki temu zrobiono rezonans, potem biopsję, a następnie wykryto nowotwór na etapie, na którym można było skutecznie zareagować.
Dlatego dzisiaj moja historia nie jest dla mnie wyłącznie historią choroby. Jest przede wszystkim historią o tym, jak ważne jest badanie i jak wiele może zmienić jeden prosty wynik PSA.
Chciałbym szczególnie zwrócić się do młodszych mężczyzn. Sam przez lata byłem przekonany, że rak prostaty to choroba ludzi dużo starszych. Dzisiaj wiem, że nie można traktować tego jako reguły. Można czuć się świetnie. Można być aktywnym fizycznie. Można regularnie ćwiczyć, jeździć na rowerze, chodzić po górach, wspinać się i uważać się za okaz zdrowia. I nadal można mieć raka prostaty.
Dlatego naprawdę gorąco zachęcam mężczyzn, żeby się badali i rozmawiali z lekarzem o profilaktyce raka prostaty, w tym o oznaczeniu PSA. Nie czekajmy na objawy. W moim przypadku ich nie było, a czas przy nowotworze potrafi działać na naszą niekorzyść. Im wcześniej problem zostanie wykryty, tym większa szansa, że będzie można skutecznie zareagować.
Ja miałem szczęście. Mój nowotwór został wykryty odpowiednio wcześnie. Dzisiaj mogę powiedzieć: zacisnąłem zęby, przeszedłem przez ten trudny zakręt i patrzę dalej przed siebie.
I właśnie tego życzę każdemu mężczyźnie — żeby nie bał się badań. Bo czasem jedno proste badanie może uratować nie tylko zdrowie, ale całe życie.
Zbadaj się. Dla siebie. Dla swoich bliskich. Nie czekaj, aż organizm sam da Ci sygnał.
Gladiator Stowarzyszenie Mężczyzn z Chorobami Prostaty